piątek, 21 marca 2025

Słowem o muzyce: WITCHMASTER "Violence & Blasphemy" (2000)

W roku 2000 świat znów popadł w euforię, otrząsnąwszy się z grozy milenijnych przepowiedni wieszczących rychły koniec świata. Jednak jak zawsze, od zarania dziejów, mrok czyhał... Jedną z jego emanacji była pierwsza płyta zespołu WITCHAMSTER. Płyta, od której wydania mija już niedługo ćwierć wieku...
WITCHMASTER rozpoczął swój bluźnierczy żywot już w 1996 roku, utworzony przez trzech jegomościów, co to się Boga nie bali (i zapewne nadal się nie boją). A byli to: Geryon (właściwie Krzysztof Włodarski) – odpowiedzialny za gitary i wokale, Reyash (Tomasz Rejek) – bas i również wokale, oraz Vitold (Witold Domański) – którego zadaniem było okładanie perkusji. Geryon i Reyash już wcześniej grali ze sobą w PROFANUM, zaś Reyash z Vitoldem toczyli wspólne muzyczne boje w szeregach SUPREME LORD. O genezie WITCHMASTER tak wypowiadał się sam Geryon w jednym z wywiadów z początku oficjalnej działalności formacji: (zespół) "zrodził się w Noc Walpurgii 1996 z prymitywnej, wewnętrznej potrzeby grania agresywnego metalu tak szybko, chamsko i głośno jak to tylko możliwe"1. Jeszcze w tym samym roku do podziemnego obiegu trafiło demo "Thrash ör Die!", w kolejnym zaś demówka opatrzona tytułem "No Peace At All". Następnie nastała cisza... Przynajmniej oficjalnie. Nie udało mi sie ustalić faktycznego przebiegu ówczesnych wydarzeń, gdyż moje prośby o kontakt pozostały bez odpowiedzi... Prawdopodobnie, Geryon był wówczas skoncentrowany na PROFANUM, które stawało się coraz bardziej ambitnym muzycznie, a więc i bardziej absorbującym projektem. Podobno też, wydanie pierwszego albumu WITCHMASTER zostało z pewnych powodów opóźnione...
Materiał na "Violence & Blasphemy" został nagrany w Polysound Studio w Zielonej Górze, obowiązki producenta pełnił Zbigniew Adamczyk. Płyta wydana została nakładem legendarnej Pagan Records, której szef – Tomasz Krajewski był również twórcą oprawy graficznej albumu. Charakterystyczne logo grupy stworzył ceniony w podziemnych kręgach Christophe Szpajdel. Na program krążka złożyło się łącznie 15 utworów, w tym dwa oddzielne "intra", oraz jeden "cover" (o którym kilka słów więcej w dalszej części tekstu). Muzyka w autorskich kompozycjach, firmowana była przez cały zespół. W przypadku tekstów – Reyash skreślił słowa do "Terrorzone", Geryon do wszystkich pozostałych (poza wspomnianą przeróbką oczywiście).
Początkowo WITCHMASTER postrzegany był jako nasza rodzima odpowiedź na trend (tak, nie bójmy się użyć tego słowa) grania black / thrash metalu. W drugiej połowie lat 90 XX wieku, muzycy black metalowi, zaczęli nagle odczuwać przemożną potrzebę manifestowania za pomocą muzyki swojej miłości do starego metalu, a przede wszystkim thrash metalu. Oczywiście, jak zawsze, czas pokazał kto zajmował się tym z prawdziwej potrzeby "czarnego serca", a kto chciał się jedynie załapać na 15 minut sławy z powodu mody. Ale do tego tematu wrócimy na chwilę jeszcze później...
Nadbudowa ideologiczna twórczości WITCHMASTER była oczywista i jednoznaczna – na okładce "Violence & Blasphemy" widzimy postać Bafometa. Żadnych wątpliwości nie pozostawiają również tytuły utworów, na przykład: Infernal Storm, Satanic Metal Attack, Antichrist, Stench of the Devil, czy wreszcie – Possessed By Satan...
Jeżeli chodzi o samą muzykę – gitara faktycznie przemawia do słuchaczy głównie językiem thrash metalu. Geryon umiejętnie i z wyczuciem odświeżył europejskie tradycje tego gatunku, sięgające rzecz jasna lat 80. XX wieku. Jest więc brudno, chropowato, surowo, choć oczywiście bardziej intensywnie i brutalniej. Nie ma mowy o epatowaniu techniczną wirtuozerią, czy pieszczeniu zmysłu słuchu wymyślnymi melodiami. Od czasu do czasu słychać bardziej melodyjne riffy, momentalnie zapadające w pamięć, ale są one odpowiednio jadowite i umaczane w diabolicznym klimacie. Przy okazji, niech światło (mroczne rzecz jasna) na kwestię inspiracji muzycznych WITCHMASTER rzucał sam Geryon w wywiadzie zamieszczonym w magazynie Thrash'em All: "KREATOR, SODOM, SLAYER – czyli klasyki. Dla mnie ogromną inspiracją jest wciąż MOTORHEAD, JUDAS PRIEST, RUNNING WILD... Ale myślę, że płytą w której cieniu żyje muzyka WITCHMASTER jest "In the Sign of Evil"2.
Pozostając przy temacie zawartości "Violence & Blasphemy", warto wspomnieć jeszcze o kilku kwestiach. Chociażby o tym, że ciekawego rysu nadają muzyce partie perkusyjne Vitold'a. Nagrany przez niego szkielet rytmiczny kompozycji mocno bowiem "zalatuje" death metalem – rytmy i tempa są jednak bardziej zróżnicowane niż to wówczas zazwyczaj było w black metalu, Vitold często "atakuje" na dwie stopy, chętnie "wali" gęste blasty... Ciekawym zabiegiem okazało się wykorzystanie pomysłu na "podwójne" wokale - Geryon straszył blackowym "skrzekiem", natomiast Reyash wydobywał ze swoich trzewi głos głębszy, ocierający się o growl. Panowie nie tylko śpiewali naprzemiennie, ale często też jednocześnie, co tylko potęgowało "unoszącą" się nad muzyką atmosferę szaleństwa i chaosu...
A propos mniej lub bardziej zamierzonej chaotyczności zarejestrowanej muzyki – partie nagrane przez muzyków przepełnione są taką furią i wykonywane z takim zapamiętaniem, że niekiedy tak po prostu odrobinę się "rozjeżdżają". Słychać, że wskazania mentronomu nie były podczas tej sesji nagraniowej najważniejsze. Ale bądźmy szczerzy – to właśnie dodaje ostatecznemu rezultatowi więcej autentyczności, tak cenionej w przypadku debiutanckich albumów. Takie a nie inne podejście może budzić skojarzenia z dokonaniami kanadyjskiego BLASPHEMY. I domysły te są jak najbardziej uzasadnione, czego dowodzi zamieszczona na "Violence & Blasphemy" przeróbka utworu "Ritual" z repertuaru Kanadyjczyków.
Reasumując – w przypadku WTICHMASTER, upływający czas dowiódł przynamniej dwóch rzeczy. Po pierwsze, "Violence & Blasphemy" nadal dobrze się broni, z każdym kolejnym odsłuchem "pieszcząc" uszy, wywołując piekielny uśmiech na facjacie i chęć grania na powietrznej gitarze bądź wyimaginowanej perkusji. Po drugie wreszcie – fakt, że zespół istnieje już ponad 25 lat (choć z problemami i pewnymi przerwami), potwierdza, że WITCHMASTER nie był owocem sezonowej mody, że powstał z powodu szczerej potrzeby grania takiej a nie innej muzyki. A ta, choć w jakimś stopniu zmieniała się na każdym kolejnym wydawnictwie sygnowanym logo grupy, nadal zgodna jest z credo, kóre muzycy zamieścili na okładce swojego debiutu, a które brzmi: "WITCHMASTER plays Satanic Metal Slaughter exclusively".





Słowem o muzyce: WITCHMASTER "Violence & Blasphemy" (2000)

W roku 2000 świat znów popadł w euforię, otrząsnąwszy się z grozy milenijnych przepowiedni wieszczących rychły koniec świata. Jednak jak zaw...